Sławomir Wojtkowski


filozof, etyk, strateg, badacz i wielbiciel reklam

Anarchia w reklamie

Poznańska sekcja Federacji Anarchistycznej zorganizowała happening, który część mediów zakwalifikowała jako działanie z zakresu komunikacji czy wręcz reklamy społecznej. Akcja odbyła się w rocznicę wybuchu Rewolucji Francuskiej pod hasłem „wieszania elit”. Jak można przeczytać na stronie jej organizatora „o godzinie trzynastej wśród murów Starego Rynku rozbrzmiała Marsylianka, a następnie Niewidzialny Głos Rewolucji odczytał długą listę zarzutów, dobosz wybił rytm i jeden po drugim pojawili się na fasadzie budynku znani mniej lub bardziej panowie.” Chodzi o zreprodukowane na banerach zdjęcia polityków i innych postaci aktywnych w życiu publicznym Poznania, którym zarzucono m.in. „sprzeniewierzenie publicznych funduszy”, „zapaść infrastruktury komunikacyjnej”, „tuszowanie policyjnego bandytyzmu” czy „współpracę z mafią mieszkaniową”. Wśród napiętnowanych znaleźli się prezydent Poznania Ryszard Grobelny, jego zastępca Mirosław Kruszyński, wojewoda wielkopolski Piotr Florek, rzecznik wielkopolskiej policji Andrzej Borowiak oraz metropolita poznański arcybiskup Stanisław Gądecki.

W dyskusjach na temat happeningu pojawiają się głosy oburzenia mówiące o obniżeniu jakości debaty publicznej, a nawet przekroczeniu granicy, za którą nie może już być żadnego dialogu społecznego. Można też jednak znaleźć wśród internautów głosy poparcia dla akcji, np. „skoro władza się tak gremialnie oburzyła, to znaczy że akcja była głośna, bolesna i celna, czyli taka, jak miała być.” „Ten happening był dowcipem, teatralnym widowiskiem. Trzeba go wziąć w pewien nawias, tu nikt nie nawoływał do linczu” twierdzi z kolei pewien doktor ekonomii sympatyzujący z anarchistami.

Nieco wcześniej, bo w ubiegłym roku, i w innym miejscu świata, bo w Rosji, aktywiści z serwisu Ura.Ru, lokalnej agencji informacyjnej zajmującej się sprawami Jekaterynburga i regionu uralskiego, przygotowali akcję interwencyjną, która miała wskazać na problem ze stanem chodników, ulic i dróg tej części Rosji. Jest on opłakany. Dziury zewsząd straszą pieszych i kierowców. Oczywiście problem wielokrotnie podnoszono drogami oficjalnymi, jednak nie na wiele się to zdało. Lokalni politycy od czasu do czasu obwieszczali początek, postęp lub koniec prac naprawczych czy nawet ostateczne rozwiązanie tej kwestii, ale do smutnej rzeczywistości komunikacyjnej miało się to nijak. Potrzebne było przemyślane działanie, które mogłoby realnie wpłynąć na starania władz lokalnych. Zaryzykowano nietypową akcję.

Postanowiono skojarzyć miejskie dziury z twarzami polityków i nagłośnić sprawę w mediach. W trzy największe wyrwy w mieście wkomponowano w portrety przedstawicieli miejskich władz, w tym prezydenta i wiceprezydenta. Obok rysunków widniały cytaty z wypowiedzi i programów wyborczych odwzorowanych polityków. Władze postanowiły działać – na razie zamalowując ośmieszające portrety. Kiedy jednak się okazało, że organizatorzy akcji nagrali likwidowanie rysunków ukrytą kamerą, a nakręcony w ten sposób film z hasłem „zamalowywanie to nie naprawianie” podbijał rosyjski internet, władze nie miały już wyjścia – zaczęły rzeczywiście łatać dziury. Działania internautów z ura.ru zakończyły się więc spektakularnym sukcesem. Ich pomysłowość doceniono też na festiwalu reklamy w Cannes przyznając kampanii Złotego Lwa.

anarcha w reklamie - , ru01 anarcha w reklamie - , ru02 anarcha w reklamie - , ru03 anarcha w reklamie - , ru05 anarcha w reklamie - , ru06 anarcha w reklamie - , ru07 anarcha w reklamie - , ru08 anarcha w reklamie - , ru09 anarcha w reklamie - , ru10

Co działania poznańskich anarchistów mają wspólnego z akcją rosyjskich aktywistów z Jekaterynburga? Jak wypadają na ich tle? Dlaczego mimo zastosowania podobnych środków i mechanizmów działania są one tak różnie oceniane? Czemu rosyjskie działania budzą zachwyt, a polskie raczej protesty i niesmak?

Zacznijmy od tego, że wielkopolski happening ma słaby copywriting. Bardzo źle brzmi hasło “wieszamy elity”, szczególnie w kontekście rocznicy Rewolucji Francuskiej i Marsylianki, które przywołują dość jednoznaczne skojarzenia z mordowaniem ludzi. Dwuznaczność sformułowania “wieszanie elit” (ich wizerunków na ścianie kamienicy i ich osobiście na szubienicy) miała brzmieć zapewne żartobliwie. Powiedzmy sobie otwarcie, że to żart raczej smutny, a nawet bardziej ponury niż śmieszny.

Zarzuty w stosunku do postaci poznańskiej elity rządzącej miastem sformułowane przez anarchistów są raczej ogólnikowe, mało precyzyjne, a przez to tracą na wiarygodności. Trudno byłoby je udowodnić przed sądem. Niektóre po bliższym przyjrzeniu się sytuacji (np. biskupa Gądeckiego) wydają się być jawnie niesprawiedliwe. Język, w którym sformułowano zarzuty jest ironiczny, cyniczny, złośliwy, miejscami surrealistyczny, co sprawia, że odbiorcy mogą zastanawiać się czy akcja jest prowadzona na serio czy to raczej prowokacyjna zabawa. Mieszają się tu dwie konwencje, brakuje spójności. Spodziewałbym się mocniejszych, bardziej konkretnych i racjonalnych uzasadnień haseł z plakatów niż te zaprezentowane na “liście zarzutów”.

Akcja poznańska nie ma nic wspólnego z debatą; nikt tu nie chciał z nikim rozmawiać. Być może jednak ta prowokacja ukazuje odczuwalny przez jakąś część społeczeństwa Poznania czy Wielkopolski brak pluralizmu w mediach. Nie znam zbyt dobrze sytuacji na wielkopolskim rynku medialnym, ale jeśli jest podobna tej z mediów ogólnopolskich, to odniósł bym się do tego podtekstu ze zrozumieniem. Być może brakuje w Wielkopolsce mediów lokalnych i regionalnych spełniających skutecznie funkcję kontrolną wobec władz samorządowych. Być może happening anarchistyczny był wołaniem, które przede wszystkim ten brak miał uświadomić.

Palenie, topienie, wieszanie czy jakiekolwiek inne niszczenie kukieł podczas manifestacji, niezależnie od tego, kto ją organizuje i przeciw komu jest skierowana, budzi opory. A są to opory natury moralnej. Tego rodzaju działania wywołują i potęgują agresję manifestantów i obserwatorów, choć ukazują jednocześnie ich bezsilność intelektualną. “Argumenty” siłowe nie są przecież de facto żadnymi argumentami. Język przemocy i nienawiści nikogo wcześniej nie przekonanego – nie przekonuje. Jeśli nawet anarchiści nie poszli tak daleko (bo powiesili portrety, a nie kukły), to poszli w tym samym, złym kierunku.

Istotne jest także czy wywieszenie banerów w tym konkretnym miejscu, czyli na opuszczonej kamienicy w centrum Poznania, było zgodne z prawem. Być może anarchiści “z definicji” się tym nie przejmują, ale to ważny aspekt, bo trudno byłoby nazwać działaniem reklamowym, PR-owym czy promocyjnym akcję, która jest nielegalna w sensie łamania prawa. Mielibyśmy wówczas do czynienia bardziej z wybrykiem niż z kampanią czy działaniami z zakresu komunikacji społecznej.

anarcha w reklamie - , anarchia02

anarcha w reklamie - , anarchia01 anarcha w reklamie - , anarchia03 anarcha w reklamie - , anarchia04 anarcha w reklamie - , anarchia05 anarcha w reklamie - , anarchia06 anarcha w reklamie - , anarchia07 anarcha w reklamie - , anarchia08 anarcha w reklamie - , anarchia02 anarcha w reklamie - , anarchia09

Rosyjska akcja przewyższa poznańską pod wszystkimi względami: strategicznym (skutecznościowym), kreatywnym (pomysłowości) oraz etycznym. Strategia rosyjskich aktywistów miała jasny cel, jakim było zwrócenie uwagi na problem złej jakości nawierzchni ulic oraz aktywizacja władz do zajęcia się tym problemem. Udało się go zrealizować. Przy tym wypromowano witrynę internetową organizatorów akcji. Obawiam się natomiast, że sami organizatorzy akcji przeprowadzonej w stolicy Wielkopolski mieliby problem z jasnym sformułowaniem celu swojej akcji i efektów, które chcieli osiągnąć. Po co ją przeprowadzili? Warto zwrócić uwagę, że bardziej mówi się w tym przypadku o samej akcji (jej legalności, poziomie, etyczności) niż problemach rządzenia miastem, które – jak podejrzewam, choć pewny być nie mogę – anarchiści starali się podnieść, zasygnalizować.

Akcja z Jekaterynburga jest ciekawsza, niebanalna, unikatowa, lżejsza, poniekąd dowcipna, także lepsza wizualnie. Jest też bardziej konkretna w sferze przekazu słownego, operuje cytatami z wypowiedzi polityków (przywołuje niespełnione obietnice i niezgodne z rzeczywistością stwierdzenia). Jest więc też wiarygodna. Happening poznański jest cięższy pod każdym względem, jawi się jako “siermiężny” – obraża, prowokuje, budzi opory i złe skojarzenia, nie ma tu czego za bardzo podziwiać. Nie można się też było tu spodziewać żadnej pozytywnej reakcji polityków, bo potępia się ich „w czambuł”. A rosyjskie działania ukierunkowane były na wywołanie konkretnej reakcji, która – wprawdzie z opóźnieniem – jednak miała miejsce. Politycy mieli tu szansę się bronić i działać. W Poznaniu tylko ich oskarżono i… koniec na tym. Czemu miało służyć kreowanie jednoznacznie negatywnego obrazu wszystkich ważnych osób rządzących Poznaniem? Wszelkie teorie spiskowe budzą sprzeciw, bo prezentują uproszczony obraz rzeczywistości.

Najważniejsza jest zawsze etyczność działań. Im poważniejszy zarzut, tym lepiej trzeba być przygotowanym na jego udowodnienie. Poważne przewinienia wymagają poważnego potraktowania, a nie na wpół legalnej prowokacji czy średniej jakości happeningu. Jednak politycy i inni luminarze życia publicznego nie mają prawa spodziewać się ochrony przed (czasami niesprawiedliwą i przerysowaną) krytyką w takim samym stopniu jak zwykli obywatele. Nie podoba mi się poznańska akcja, ale procesy o zniesławienie wytaczane organizatorom anarchistycznego happeningu uznałbym za przesadę. Prawdopodobnie nawet rosyjscy politycy nie pozwoliliby sobie na taką zemstę.

[sw, lipiec 2013]

Komentarze:

Wypowiedz się


 

-->